piątek, 12 lutego 2016

Światło, o którym ciężko pisać


Przeklęty diament, którego tropem podąża zdesperowany niemiecki oficer. Niewidoma dziewczyna opisująca świat za pomocą barwnych świateł. Nastoletni niemiecki żołnierz, który zna się na radiostacjach jak mało kto, ale zaczyna wątpić w sens wojny. I Historia, która łączy ich losy w jedno. Brzmi jak przepis na bestseller?



Vandrer miał problem ze zrecenzowaniem Światła, którego nie widać. Książka zostawiła w nim wiele emocji, ale za mało słów by je opisać. Anthony Doerr pracując z rzemieślniczą precyzją stworzył powieść, która porusza, ale o której ciężko mówić. Zablokowało to sowę czytelniczo i pisarsko na ponad tydzień. Aj.
Jak cudownie bezsensowne jest budowanie pięknych budowli, komponowanie muzyki, śpiewanie piosenek, drukowanie ogromnych ksiąg pełnych kolorowych rycin ptaków wobec straszliwej, wszechogarniającej obojętności świata - jakież pretensje mają ludzie! Po co komponować muzykę, skoro Cisza i wiatr są znacznie potężniejsze? Po co zapalać lampy, skoro w nieunikniony sposób pochłonie je ciemność?
FABUŁA
Rok 1944. Zajęte przez Niemców miasteczko Saint-Malo w Bretanii jest bombardowane przez alianckie samoloty. 16-letnia niewidoma Marie-Laure drży siedząc samotnie w sypialni na piątym piętrze i ściskając w rękach drewniany model kamienicy. Tymczasem w osadzonym na wzgórzu hotelu, 18-letni Werner, jak na niemieckiego żołnierza, przystało stara się opanować emocje i naprawić radio, które może być jedyną szansą na ratunek. Głos, który usłyszy sprawi, że powrócą wszelkie wspomnienia, a wraz z nimi świadomość, że musi uratować nie tylko swoje życie.

Doerr karmi czytelnika urywkami z przeszłości stopniowo tkając historię. Marie-Laurę traci wzrok w wieku 6-lat i odtąd opisuje świat za pomocą świetlnych wizji i dotyku. Pomaga jej w tym ojciec (genialny klucznik i twórca sejfów-zagadek), budujący dla niej skomplikowany model dzielnicy w której mieszkają. Symetrycznie poznajemy losy osieroconego Wernera, który od małego fascynuje się budową radia, dzięki czemu później trafia do jednostki bojowej namierzającej wrogie radiostacje. Kiedy chłopak naprawia pierwszy odbiornik może wraz z siostrą i innymi dziećmi w sierocińcu słuchać audycji francuskiego profesora, tłumaczącego m.in. działanie światła. Nie wie jeszcze wtedy, że to nie ostatni raz kiedy słyszy głos Francuza.
Jak nazywamy światło widzialne? Nazywamy je kolorem. Ale spektrum fal elektromagnetycznych rozciąga się od zera do nieskończoności, a zatem, dzieci, z matematycznego punktu widzenia całe światło jest niewidzialne.
W tle tej historii nie małą rolę odgrywa tajemniczy brylant o nazwie Morze Ognia, który daje posiadaczowi nieśmiertelność, ale sprawia, że na jego bliskich spadają nieszczęścia. Tropem kamienia podąża zdesperowany niemiecki oficer. Zamęt wywołany przez wojnę sprawia, że losy pozornie niepowiązanych ze sobą osób złączą się w niespodziewany sposób.

GATUNEK
Książkę można zaliczyć do kategorii: literatura współczesna i podtypu powieść z historią w tle, a konkretnie historią drugiej Wojny Światowej. W historię została wpleciona pewna dawka wiedzy na temat natury światła, a także działania radiostacji. Nie zabrakło także kropli magii w postaci obecności przeklętego kamienia.

Jeśli Vandrer miałby opisać tę książkę przez porównanie, napisałby o Złodziejce Książek (recenzja tutaj). Dlaczego? Ponieważ to również książka, w której II Wojnę Światową poznajemy z perspektywy niewinnych dzieci. Taki zabieg czyni Światło, którego nie widać książką o bezsensowności wojny, która zawsze będzie bardziej widoczna z perspektywy dziecka czy młodzieńca mającego przed sobą całe życie.

AUTOR
Autorem Światła... jest amerykański pisarz Anthony Doerr, który otrzymał za powieść  Nagrodę Pulitzera. Doceniono misterność z jaką utkał świat przedstawiony w powieści. Vandrer nie czytał innych książek w jego wykonaniu, więc ciężko tutaj o jakiś ogólniejszy rys.
Jedyne co sowie przeszkadzało w plastycznym i nieco magicznym stylu Doerra, to podejście do nazw geograficznych. Kiedy polski czytelnik czyta o froncie wschodnim i o tym, że niemieccy żołnierze znajdują się gdzieś w Rosji, a zaraz potem dostaje wśród wymienianych nazw polskie miasta, zaczyna się zastanawiać co tu jest nie tak. Jakby autor wrzucił do jednego worka nazwy miast na wschód od Niemiec i ustawiał je w dowolnych konfiguracjach, nie przejmując się lekkim zamętem jaki to wywołuje. Jest jednak Amerykaninem więc trzeba wybaczyć tę lekką nonszalancję w podejściu do geografii Europy.

WYDANIE
Vandrerowi podoba się niezwykle oryginalna niebieska okładka (zachowana we wszystkich wydaniach niezależnie od kraju). Sam jednak czytał książkę w wersji elektronicznej i to w podróży. Biorąc pod uwagę jej obszerność, było to sporym ułatwieniem w czytaniu. Mimo, iż sowie książka się spodobała nie widzi potrzeby posiadania jej w wersji fizycznej. Jak możecie zauważyć w nagłówku sowa stworzyła alternatywną grafikę na okładkę, czyli wizję Morza Ognia. 

Ocena: 8,5/10 Wyśmienita, ale...

Sowa ma ochotę dać Światłu, którego nie widać 8,5/10. Przyznaje, że nie jest to książka w której można zakochać się od pierwszych stron, ale taka, która stopniowo i niezauważalnie wciąga czytelnika. Wiąże go z losami bohaterów, a kiedy jest już za późno na emocjonalny dystans, dokonuje ostatecznego cięcia. U wrażliwszych czytelników może to wywoływać strumienie łez. Mimo poważnej tematyki, powieść jest jednak niepozorna. Ot zupełnie różne historie dwójki nastolatków. Jeden kamień. Jedna wojna, która swoją beznadziejnością czyni bezcelowymi wszelkie starania i dzieła człowieka. To okrutna prawda. A dzięki historii Marie-Laurę w tę okrutność wplata się także wniosek już skądś znany, najważniejsze jest to co niewidoczne dla oczu. Każdy człowiek pod swoją powierzchownością skrywać może niewiarygodne piękno lub zgniliznę, a może tylko zwykłą uczciwość.
Światło, którego nie widać jest książką, której geniusz dostrzega się dopiero po lekturze, nie w trakcie. Kiedy kończy się czytać ostatnie zdanie i czytelnik zostaje na sam ze swoimi myślami. Wtedy to dopada go strumień refleksji, którego nie sposób zatrzymać. I jakiś niewysłowiony, ale drogocenny smutek.





Sowa poleca tym, którzy...
... nie boją się smutnych historii. Tym, którzy lubią poznawać wojnę i okrucieństwo świata pokazane z perspektywy dzieci lub młodzieży. Tym, którzy lubią plastyczny opis stanowiący doskonałą pożywkę dla wyobraźni. Tym, którzy nie boją się dać zranić czy zasmucić przez lekturę. Dla tych, którzy zamiast czytać o bitwach wolą poznać okrucieństwo wojny poprzez emocje i uczucia towarzyszące jednostkom. To książka dla czytelników długodystansowych, którym nie spieszno do końca. To nie jest lektura na jedną noc, a raczej tydzień rozważań.

Sowa odradza tym, którzy...
... chcą już podczas lektury odczuć konkretne emocje, dostać argumenty do jasnej oceny sytuacji, konkretnej jednoznacznej refleksji i nie lubią czekać na wnioski, które przychodzą dopiero po lekturze. Nie powinni jej czytać Ci, którzy są w trakcie maratonu czytelniczego. Światło... powoduje bowiem potężnego kaca książkowego. Nie jest to książka dla ludzi przewrażliwionych na podstawie historycznej dokładności, ani dla tych, którzy szukają bardziej szczegółowych obrazów wojny. Vandrer odradza miłośnikom wartkiej akcji, bo w Świetle... tak naprawdę niewiele się dzieje. 


Czytaliście już może? Jakie są Wasze opinie? A może po przeczytaniu recenzji Vandrera macie ochotę na lekturę? Chcecie wiedzieć coś więcej?

AvE!
Vandrer

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Vandrer dziękuje za wszystkie komentarze. Ceni sobie dyskusję z każdym zainteresowanym:)

AvE!
Vandrer

TOP